16.11.2017

To takie proste....

Nawet porę jesieni, można pokochać.
I ja to czynię od dawna.
Kiedyś będąc młodą kobietą,narzekałam na chłody,bo kochałam tylko lato..Teraz moja miłość do pór roku ,wyrównała się ,idę w prostej linii.
Jak można nie kochać ,takiego zachodu słońca?Na samo spojrzenie oczy nabierają blasku, a serce bije jak szalone , bo ogień płonie miłością do życia .
Szczególnie jesienią mam takie widoki z tarasu,okna.Latem słońce chowa się za lasem, tuż obok naszego domu,jesienią natomiast pokazuje się w całej krasie.

Nawet z takich widoków ,trzeba się cieszyć.
Ja należę do osób bardzo pozytywnie nastawionych do życia.Nie przejmuję się drobiazgami ,bo jutro już będzie całkiem inaczej.Każdy problem ,może być rozwiązany ,lepiej lub gorzej .Zawsze może nas dopaść jakaś choroba,na którą nigdy nie czekamy,ale jednak nas atakuje.I z tym można wytrzymać,po czasie wracamy do codzienności.I człowiek się cieszy,bo jest lepiej..Ja może nadmienię siebie.
Rutynowe badanie mammografii ....Dwa lata temu..USŁYSZAŁAM  DIAGNOZĘ  RAK. !!!
 Z radosnego życia, w jednej sekundzie zawalił mi się świat.Ale to były tylko sekundy..Mąż z córką byli przy mnie ,kiedy onkolog musiał powiedzieć ,co mnie czeka w najbliższym miesiącu.I jak mam  dalej funkcjonować.Ja należę do mocnych kobiet psychicznie .Odebrałam wiadomość w mojej głowie  ,że teraz tylko może być ,lepiej lub gorzej.Poddałam się całkowitej władzy lekarzom.Wiara jest MOCĄ .Kiedy jechaliśmy do domu ,mąż z córką byli tak zatroskani i spanikowani ,że czułam to na swoich plecach.Rozumiałam ich ,bo sprawa była poważna,ale to ja,wspierałam ich na tyle ,by wskoczyli na tryb codziennego życia.Potrzebowałam ciszy,w drodze do domu.....Była cisza....I tyle mi wystarczyło ,by ogarnąć siebie .
Po 20 minutach ,już byliśmy w domu.Od razu powiedziałam...
- Macie traktować mnie normalnie .
- Żadnego szlochania,nadskakiwania przy mnie.
- Ma być, tak jak było ,do tej pory bez zmian  absolutnych.
- Ja to pokonam ,bo wiem że dam radę ,mam w sobie dużo siły ,takiej czystej energii..
- Może będą dni gorsze ,ale to tylko małe zmiany w moim zachowaniu.
- Bo walka musi być czasami, jak beczka prochu ,ale ja się nie boję.
-Zamykamy temat, żyjemy normalnie i na luzie.
Ulżyło mi,bo rodzina zaakceptowała moje prośby ,a ja dziwnie spokojna zajęłam się codziennością.
Może ktoś powie. -Głupoty piszę...Ale ja naprawdę byłam spokojna.
Dostałam na samym początku ,tak wielkie wsparcie od lekarzy.Na pierwszej wizycie dostałam ,tyle pozytywnych słów i uwierzyłam od razu w siebie i lekarzy,nie myśląc z czym przyjdzie mi się zmierzyć.
-Mam nie myśleć .  Taki rozkaz dostałam..To wykonałam☺
Przez miesiąc oczekiwania na operację,czy zabieg ,jak kto woli...miała 4 spotkania z lekarzami-rozmowy- psycholog.Tak mnie przygotowali wszyscy do zabiegu ,że zapomniałam o raku ,tak go potraktowałam, jak wycięcie migdałków.
Tu służba zdrowia ,jest bardzo wysoko postawiana ,co chodzi o podejście do pacjenta  .Chory człowiek ....to chory człowiek.Lekarze ,pielęgniarki i cała reszta personelu,ma przy nim być ,pomagać ,wspierać ,dbać by nie bolało,by nie był głodny ,by był umyty ,miał kontakt z rodziną i ogólnie przemiła atmosfera.
Dlatego ,ja przez miesiąc czasu ,jedynie co wypowiadałam na głos wieczorem ,kładąc się spać : -Ty potworze jeszcze kilka dni będę z tobą spała.Jeszcze kilka dni i odliczałam każda noc ☺ Zasypiałam spokojnie ,dziwnie spokojnie ..Bo wierzyłam lekarzom ,że wszystko jest ok ,tylko trzeba to usunąć.
W tym czasie sadziłam w ogrodzie kwiaty,sprzątałam w domu,przygotowałam wszystko na później ,bo wiedziałam ,że będę wyłączona z prac,pomyłam okna,zrobiłam zaopatrzenie w żywność -gotowanie -zamrażanie.By mieli na początek łatwiej moi domownicy.
Czas wolny spędzałam z sąsiadami,piłam piwo ,wino,śmiałam się ,jakby nigdy nic. Naprawdę można poradzić sobie w takim stanie.Tylko trzeba wpakować całą pozytywna energię,.Mnie się udało.
Tydzień przed operacją :
Dostałam powiadomienie.
Co mnie czeka  w tym dniu...a więc:
>Mam dzień przed zabiegiem ,już nic nie jeść ,jedynie płyny.
>Mam zabrać dokumenty i to powiadomienie o operacji.
>Rano muszę o godz 7.30 być już na bloku szpitalnym bo:lekarz na samym początku ,musi wprowadzić mi nitkę chirurgiczną do miejsca,gdzie jest guz ,by chirurg mógł z łatwością go namierzyć skalpelem-to takie udogodnienia.
Byłam o czasie ,o dziwo pani doktor z Polski ,miło było przez 5 minut..
Szybko poszło,USG-przycisk specjalnym kwadracikiem-wkucie grubej igły z metalową nitką ,czy coś podobnego do metalu ..Nie bolało ,bo pierś to gruczoły,więc mówię ,że NIE BOLAŁO...TAKŻE NIE BOLI BIOPSJA .Po tym zaraz przyszły dwie pielęgniarki ,oczywiście mąż i córka ,oraz tłumaczka ,byli do samego końca ze mną ,aż do sali zabiegowej.Tłumacz zawsze jest ,kiedy obcokrajowiec potrzebuje, by się porozumieć.I to załatwia już szpital.Ja tylko zgłaszam ,że proszę o tłumacza.Bo jeszcze nie byłam na tyle dobra z j.szwedzkiego.Jednak medyczne zagadnienia przeważały w rozmowie.Dlatego wolałam wiedzieć wszystko.
Następny etap:raz jeszcze mammografia ,by sprawdzić ,czy nitka jest w samym środku guza..Była ☺...No to posadzili mnie już na wózek ,co mogłam sama iść.Bo przecież jestem zdrowa,ale tego wymagają przepisy szpitala. Bardzo dziwne uczucie ,kiedy siedzisz i wiesz ,że jesteś zdrowa ,a musisz siedzieć::)))i ktoś cię pcha...na dodatek z uśmiechem na twarzy.
Izotopy:
Fajny wesoły lekarz,oprócz tłumaczki ,zaprosił też córkę,by była przy mnie w pokoju..Anula miała okazje porozmawiać.Oczywiście wypytał się jej z jakiego kraju jesteśmy,jak idzie jej nauka itd... Naprawdę miło było i na wesoło ,żartował z nami ☺
Wszystko mi wytłumaczył ,jakie czynności wykona.
Położyłam się na specjalnym łóżku -deska.Dużo sprzętu,komputery,jakaś duża kopuła,tam byłam wsuwana 5 razy na zrobienie i podglądanie zdjęć,po tym jak wstrzykiwał mi,w pierś małe igiełki z izotopami.Oczywiście bardzo delikatnie i z wielkim współczuciem ....nadmieniam ,że NIE BOLAŁO..Wtedy maszyna się włączała ,Anulę zabierał za szybę,bo to wszystko promieniuje.I tu musiałam leżeć bez ruchu 50 minut. Izotopy musiały się rozprowadzić po całej piersi .Wtedy lekarz robi duży obraz zdjęcia ,jakże kolorowego w środku..żółte,czerwone,niebieskie..żyłki..Pokazał mi ,tak z ciekawości mojej, na ile jest zainfekowana pierś,bardzo widoczne miejsce ,dzięki izotopom.
Po tym :
Weszłam do następnego gabinetu: tu przywitała mnie pielęgniarka,podając dłoń ,wypowiedziała imię ,bo tu wszyscy po imieniu mówią.....LUZIK... całkowity.Na samym początku poprosiła bym zrobiła siusiu .Nie miałam parcia na pęcherz ,ale musiałam się zmusić ,by mocz wykazał ,że nerki dobrze przefiltrowały płyn z izotopów...Dobrze ,że spojrzałam   ☺☺co wyleciało ze mnie::)) Zapytała mnie tylko -jaki kolor?.-zielony,odpowiedziałam i zaczęłyśmy się śmiać::))
To dobrze ,że zielony,teraz już z górki... założyła mi kartę ,sprawdziła dane osobowe,dała mi 7 tabletek i malutki naparsteczek wody ☺ musiałam poradzić sobie z połknięciem ,ale jakoś poszło..Dostałam :szlafroczek ,bo piżamkę miałam swoją,dostałam staniczek specjalny ,długie pończoszki bawełniane,czepek.Wszystkie rzeczy osobiste w szafeczkę i jechała ze mną aż do pokoju hotelowego::))).I po chwili przyszedł pan doktor,który miał mnie operować.
Podał dłoń przedstawił mi się ,że jest moim lekarzem..mazakiem zaznaczył którą pierś ma operować...zapytał jak: się czuję ,czy wszystko dobrze,czy nie jestem zdenerwowana.Mam się nie obawiać niczego,jestem w dobrych rękach ,po jakimś czasie zostanie mi tylko niewidoczna kreseczka na piersi,bo będzie pierś zachowana ,ale o numer mniejsza od drugiej.Wytnie mi 4cm w koło guza taki torcik,tak to nazywają.☺.W trakcie zabiegu ten torcik będzie sprawdzony ,własnie przez tę panią doktor co robiła mi "drucikowanie"w piersi ☺Jak będą tkanki rakowe w dalszym obrębie ,to usuwają mi całą pierś.Jeżeli czysto ,to tylko bramę z węzłami chłonnymi i torcik, raz dwa zaszyją i to wszystko...Powiedział mi to spokojnie, bym wiedziała co mnie teraz czeka...Uścisk dłoni i ostatnie słowa : -spotykamy się na bloku.
Byłam ,spokojna , niczego się nie bałam ,serce  bez walenia ,ciśnienie normalne,zero strachu.Wszyscy wyszli ,ja zostałam by się przebrać i wzięłam prysznic ,kiedy byłam już gotowa nacisnęłam guziczek .Ja myślałam ,że muszę wszystko ściągać,i będę przykryta jedynie prześcieradłem,bynajmniej tak w Polsce jest..ale nie wiem...
A tu musiałam nałożyć pończoszki które dostałam,majteczki własne::)))staniczek rozpinany z przodu i szlafroczek  który dostałam, też miałam na sobie .
I tu pomachałam już rodzince ,ale tłumacz jeszcze wszedł ,do chwili kiedy podano mi narkozę.
I tak weszłam na salę operacyjną.
A tam, jak w ulu,co za pracowite pielęgniarki,tu na wesoło z uśmiechem,wskazały mi łóżko-deskę...tak to nazywam::))wąskie z podkładkami na ręce.Pomogły mi ściągnąć lewy rękaw z szlafroczka i ściągnęli ramiączko stanika,podłożyli pod plecy,tak by mi nie uwierało☺..Zapytałam :-dlaczego nie ściągają mi całości..Powiedziały ,że po zabiegu tylko mnie podniosą i włożą rękaw ,nie muszą więcej ,bo nie potrzeba.
No to ok ,pomyślałam sobie ,dla mnie lepiej ,bo nie jestem przynajmniej goła .Za chwilkę dostałam mięciutką podusię ,następnie kołderkę i jeszcze jedną kołderkę nagrzaną ,by mi nie było zimno..Opatuliły mnie przed zabiegiem, jak niemowlaka i zrobiło mi się tak milutko,przytulnie,że poczułam odprężenie...
Trwało to z 4 minutki,do chwili kiedy nie usnęłam,Na początku z uśmiechem pielęgniarka powiedziała mi ,że mam powdychać powietrza czystego jak kryształ☺☺No to wdychałam przez 30 sek...W tym czasie pani anestezjolog,wychyliła się do mnie i trzymając mnie za rękę ,głaskała też po głowie...Uspokoiła mnie tymi słowami..: -Ja cały czas będę za tobą ,wszystko dopilnuję ,by nic się nie stało.Mam być spokojna,życzę przyjemnego spania::))
Uśmiechnęłam się do niej.Jeszcze założono mi aparat do mierzenia ciśnienia,na palec smoczek☺Założyła mi wenflon  .....I powiedziała na koniec że : - po przebudzeniu może leciutko pobolewać mnie krtań ,bo bedę miała wsadzoną rurkę w czasie zabiegu..Ale to pikuś ,pomyślałam,ważne ,że nie będę czuła jej w trakcie☺☺ Na koniec podano mi maseczkę ,pomachały wszystkie i życzyły miłego snu..
Policzyłam do trzech..............cdn....
Może zanudziłam swoim wpisem ,ale chciałabym ,by kobiety ,które tu zaglądają-przeczytają -wzięły do serca ,badania piersi.I chciałabym ,by wiedziały jak to przebiega wszystko.Dalszy ciąg będzie,bo zostało mi wspomnienie z hotelu po operacji i dom w którym dochodziłam do zdrowia..Mam też zdjęcia na pamiątkę pokażę w następnym wpisie.
Panowie PRZEPRASZAM ZA BABSKI WPIS/


26 komentarzy:

  1. Bardzo ciekawy wpis. W mojej rodzinie zdarzył się dziwny przypadek. Jeden z moich wujków, n.b. nauczyciel, w latach 60. ub.w. "wyhodował" sobie raka krtani z przerzutami do przełyku. Gdy już nie pomagały rurki, którymi dostarczano płynny pokarm i powietrze do płuc, lekarz stwierdził, że agonia to kwestia godzin, może dni. A ponieważ wujek uwielbiał lody, więc padło pytanie, czy można mu je dać skoro i tak ... Lekarz zgodził się, i wujek zaczął wcinać lody. W sumie mając kłopoty z oddychaniem, w ciągu 3-4 godzin zjadł ponad 1 kg lodów. Potem zasnął, ale po paru godzinach obudził się i znowu poprosił o ... lody. Do lodów dostał silne, jak na tamte czasy, papierosy "Partagas", no bo skoro i tak ...
    Następnego dnia spektakl prawie powtórzył się, bo wujek jeszcze skusił się na jakieś ciastka. Po kilku dniach wujek sam usiadł na łóżku, potem wstał, a po kilku dniach zaczął chodzić. Podobno w tym czasie zjadł ok 20 kg. lodów. Po kilku tygodniach ... poszedł do pracy. Żył jeszcze jedenaście lat, a zmarł w tragicznym wypadku samochodowym. Po śmierci stwierdzono, że rak wycofał się, a zaatakowane narządy odzyskały sprawność. Podobno ten akurat rak był wrażliwy na zimno. ;)

    Życzę powodzenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję ,trzymam się dobrze�� Niesamowity przypadek wujka,mamy dowody,bez podłoża medyków �� można pokonać raka na swój sposób , będąc nieświadomy tego co czynimy.Szkoda że wujek w tak sposób zakończył życie..Pozdrawiam .

      Usuń
  2. Jesteś silną kobietą:) i masz wspaniałych ludzi przy sobie. Czekam na dalszy wpis
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pozdrawiam również ♥ Oczywiście że będzie cd.

      Usuń
  3. Jesteś bardzo pozytywną, silna osobą i masz cudowną rodzinkę. Służby zdrowia takiej jak w Szwecji, podejścia do pacjenta, w naszym kraju chyba nie doczekamy się nigdy. Czekam na dalszy ciąg.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie tak,mam porównanie teraz żyjąc tu, i jak żyłam w Polsce.Pozdrawiam .☺

      Usuń
  4. To bardzo pomocny post dla borykających sie z trudnymi chorobami. Danusiu, jesteś i pozytywnym i dobrym człowiekiem, masz tyle dobrej energii, że dzielisz nawet na nas, Twoich czytelników. Pamietam dokładnie to, o czym napisałaś, a Twoja postawa wobec choroby imponowala. No i masz wspaniałą rodzinkę, którą wspierałaś w czasie SWOJEJ choroby. Jesteś wspaniała osobą , pozdrawiam Cie bardzo serdecznie i zyczę wszystkiego najlepszego :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Aniu,Ja tak lubię nie poddawać się w niczym☺I tak już zostało::)))buziaki .

      Usuń
  5. Danusiu, jesteś niesamowita !!:) Twój optymizm i energia są w stanie pobudzić nawet taką sceptyczkę, jak ja. Dajesz wspaniały przykład, że wiarą w siebie, wolą walki można góry przenieść. Na pewno masz rację, że bardzo, bardzo dużo zależy od naszego nastawienia i nie należy się poddawać. Moja przyjaciółka miała bardzo podobny przypadek, jak Ty. U nas jednak nie ma psychologów i zaraz po diagnozie była załamana. Ale już po miesiącu wyznaczyli jej termin operacji za miesiąc, też wszystko dokładnie wytłumaczyli i ona też postanowiła "zawalczyć" o siebie. Nie wiem dokładnie, jak tam było w szpitalu, nie wypytuję, ona nie mówi, ale wydaje się być wszystko o.k. Bo moja przyjaciółka po półrocznym zwolnieniu wraca do pracy! (chociaż spokojnie mogłaby już iść na emeryturę). Więc i u nas w Polsce nie jest tak źle z opieką nad chorymi na raka (piersi). Ale własnie trzeba się badać i wykryć chorobę we wczesnym stadium! Bardzo pożyteczny wpis! Ściskam Cię serdecznie! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście że w Polsce nie jest źle ,ja znam też i polską służbę zdrowia .☺ Tu jest trochę inaczej ze wszystkim,z rejestracją ,wizytami ,apteki,recepty ..ale podejście personelu pozytywnie mnie zaskoczył..Pozdrawiam Haniu ,uściski.

      Usuń
  6. Wie się, że rak nie wyrok ale to nadal szok i dramat. Tez chciałabym by w takiej sytuacji rodzina traktowała mnie normalnie a nie lamentowała litościwie bo to raczej osłabia niz pomaga. Ale może inni maja taką potrzebę.
    Czekam na dalszy ciąg, niekoniecznie o 00.00

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Krysiu, nie każdemu się udaje wygrać chorobę ,nawet nie wiem z jaką energią pozytywną się jest.To wszyscy wiemy..A ten wpis o godz.00.00...☺☺ Nawet nie zauważyłam ☺☺ Buziaki

      Usuń
  7. Danusiu, cudowni ludzie wokół ciebie, cudowna Rodzina, cudowna służba zdrowia, no i CUDOWNA TY!!!

    ZDROWIA NIEUSTAJĄCO i tez czkam na dalszy wpis :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo Dziękuję♥Serdeczności dla Ciebie.

      Usuń
  8. Niesamowita z Ciebie dziewczyna.
    Bardzo dzielna i silna.
    Moje uznanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuje Stokrotko.Inaczej siebie nie widzę ,tylko pozytywnie nastawiona do życia""))Buziaczki♥♥

      Usuń
    2. Zapraszam na 6-te urodziny /Cztery pory roku/

      Usuń
  9. Danusiu jesteś niesamowita i dzielna. Niby wszyscy wiedzą, że pozytywne myślenie może zdziałać cuda ale czasem jak już człowiek doświadczy tragedii to nie zawsze potrafi być pozytywny.. Ja też miałam w życiu cięzkie przejścia, nie chodziło o mnie ale o moją córcię. Nigdy nawet przez myśl mi nie przeszło, że może skończyć się źle, mimo, że lekarze dawali 40% na pomyślne zakończenie. Ja wiedziałam, że będzie dobrze, wierzyłam w to.. I tak się stało i minęło już 20 lat:)) Dlatego wiem jak ważny jest każdy dzień, każdy zachód słońca...
    Pozdrawiam Cię gorąco Danusiu i ściskam:))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj Marigold. Tak ,kto przeszedł w rodzinie czy sam taka chorobę ,to rozumie jak to jest od środka na sercu.Wiadomo ,że nie ma radości ,tylko nas to przygniata,ale nie wolno nam się poddawać.Życzę zdrówka.Buziaczki śle,.

      Usuń
  10. Danusiu, gdybyś była w naszym kraju, zapewne dużo gorzej zniosłabyś chorobę. Zresztą na pewno pamiętasz - tu przecież trochę żyłaś. Realia traktowania osoby chorej na raka są zupełnie inne. W ogóle traktowania pacjenta...

    Zdróweczka dużo, tak na przyszłość! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może troszkę jest faktycznie inaczej ,nawet to ,że nie otulają kołderkami ciepłymi przed zabiegiem ,a to dlatego ,że niektórzy strasznie się wychładzają ,trzęsą i narzekają że jest zimno::))I tu z tym się liczą ,że chory ma mieć luksus::)))

      Usuń
  11. Kurcze szacunek że się nie załamałaś i dałaś rade i tyle pozytywnego myślenia . Oby było dobrze-pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj...Dzięki,samo życie☺☺Pozdrawiam i zapraszam.

      Usuń
  12. Jelly Gamat Gold-G OBAT MIOM jest produkowany z preferowanego ekstraktu z ogórka morskiego, OBAT ITP który, jak się sądzi, ma wiele przydatnych składników, OBAT RHINITIS które odgrywają rolę w leczeniu różnych typów chorób, w tym mięśniaka. OBAT SINUSITIS Poza tym może być stosowany OBAT VAGINITIS do leczenia różnych rodzajów chorób, Lek ziołowy Jelly Gamat Gold-G może być również stosowany w celu zapobiegania występowaniu choroby i może być OBAT POLIP RAHIM również stosowany w celu zwiększenia wytrzymałości, OBAT PENYUMBATAN TUBA FALLOPI aby nasze ciało nie było podatne na choroby. W medycynie ziołowej Jelly Gamat Gold-G jest kilka doskonałych składników Mujtaba Herbal aktywnych pomagających leczyć różne rodzaje chorób

    OdpowiedzUsuń